ALE SAJGON! – fotoreportaż Danuty Baranowskiej

fotoreportaż z podróży życie i pasje

Odsłony: 1310

unnamedKiedy po ponad jedenastu godzinach lotu samolot wylądował w Sajgonie, odetchnęłam z ulgą.
– Nareszcie rozprostuję kości i odetchnę świeżym powietrzem – pomyślałam czekając na bagaż. Nie przyszło mi wtedy do głowy jaką niespodziankę zgotował mi Wietnam tuż za drzwiami terminala …

Gdy wyszłam z lotniska, uderzyła we mnie fala ciężkiego, upalnego i bardzo wilgotnego powietrza. Czułam się jak oblepiona mokrą, lepką, gorącą watą. Bluzka natychmiast przykleiła mi się do pleców.
Patrzyłam z przerażeniem na płynącą niczym lawa rzekę setek tysięcy pojazdów, od rowerów począwszy, poprzez wszechobecne skutery, samochody i ciężarówki, poruszające się bez żadnego porządku i przestrzegania przepisów.

Uliczny ruch w Sajgonie
Uliczny ruch w Sajgonie

Kierowcy nie honorują sygnalizacji świetlnej, obowiązującego kierunku ruchu, czy przejść dla pieszych, ale każdy manewr sygnalizują przeraźliwym klaksonem. Ryk motorów, dźwięk klaksonów, uliczny gwar i hałas powodują nieopisany chaos i sprawiają, że człowiek czuje się w tym wszystkim zupełnie bezradny.

Później nauczyłam się przechodzić przez jezdnię, było to jednak okupione ogromnym stresem. Kiedy chce się przejść w Wietnamie przez ulicę, po której poruszają się nieprzerwanie pojazdy, trzeba zapomnieć o strachu, nie widzieć i nie słyszeć zagrożenia, po prostu przejść nie zatrzymując się pod żadnym pozorem. Pędzące maszyny w cudowny wręcz sposób omijają pieszego. Mimo tego koszmarnego ruchu w Wietnamie niemal nie ma wypadków. A to dlatego, że w razie jakiegoś wypadku, winę ponosi ten, kto jest większy i silniejszy. A więc gdy samochód potrąci skuter, winny będzie zawsze kierowca samochodu. Kierowca skutera poniesie konsekwencje, kiedy najedzie rowerzystę lub pieszego. Dlatego każdy, kto kieruje pojazdem, po prostu uważa na innych.

Dotarłam w końcu z ulgą do hotelu, ale po krótkim odpoczynku, mimo obaw przed nieokiełznanym ruchem ulicznym wybrałam się na poszukiwanie wrażeń.

Sajgon nowoczesny
Sajgon nowoczesny

Sajgon, a właściwie obecnie Ho Chi Minh, bez przerwy tętni życiem. Coraz bardziej upodabnia się do światowych aglomeracji. Mimo że dawno minęły czasy podziału państwa na Wietnam Północny i Południowy, mimo późniejszych wpływów amerykańskich i obecnie rządzącej partii komunistycznej, nadal daje się tutaj odczuć atmosferę minionej epoki francuskiego kolonializmu. Dystrykt nr 1 (Sajgon podzielony jest na dystrykty) do dzisiaj nosi nazwę dzielnicy francuskiej i jest chyba najładniejszym miejscem w Ho Ci Minch City. Czyste, zadbane ulice, pełne zieleni i wspaniała kolonialna architektura przyciąga setki turystów. Tutaj można poczuć się jak w słynnym filmie Indochiny z Catherine Deneuve. Secesyjny luksusowy hotel “Continental Saigon” istnieje i działa do dzisiaj. Prawdziwą perełką miasta jest budynek Poczty Głównej. Stalową konstrukcję zaprojektował francuski konstruktor Gustaw Eiffel, a odnowiony i zadbany obiekt funkcjonuje nadal jak przed laty. Czasy kolonialne przypomina również największa i najokazalsza świątynia rzymskokatolicka z dziewiętnastego wieku, zwana Katedrą Notre Dame. Kiedy dotarłam do budynku Komitetu Ludowego, który jest popularnym miejscem spotkań Wietnamczyków i najbardziej rozpoznawalnym obiektem w Sajgonie, poczułam ogromne zmęczenie. Upał dawał się dobrze we znaki, a i zmiana strefy czasowej potęgowała moje znużenie.

Hotel Continental
Hotel Continental
Katedra Notre Dame
Katedra Notre Dame
Budynek Poczty Głównej
Budynek Poczty Głównej
Komitet Ludowy z pomnikiem Ho Chi Minha
Komitet Ludowy z pomnikiem Ho Chi Minha

– No cóż! mam swój wymarzony Wietnam i trzeba do niego przywyknąć – pomyślałam, rozglądając się za jakąś kawiarenką. Po drugiej stronie ulicy dostrzegłam stoliki i krzesła, a właściwie małe stoliczki i krzesełka – zupełnie takie jak u nas dla dzieci. Zastanawiałam się przez moment jak na tym maleństwie usiąść, ale drobni i niscy Wietnamczycy siedzieli i spokojnie popijali piwo.

Knajpki z "miniaturowymi" stolikami i krzesełkami
Knajpki z “miniaturowymi” stolikami i krzesełkami

– Widać można – pomyślałam, siadając z niemałym trudem, bo i nogi za długie i wzrost nie taki, a przecież nie należę do osób zbyt wysokich. W końcu na podobieństwo złożonego scyzoryka usadowiłam się na krzesełku jak dla krasnoludków.
– Wprawdzie niezbyt wygodnie, ale czego się nie robi dla filiżanki dobrej kawy – powiedziałam do siebie w duchu.

Zaparzacz do kawy
Zaparzacz do kawy

Po chwili kelnerka postawiła na stoliku dziwne piętrowe ustrojstwo. Coś jakby metalowy kubek z pokrywką, umieszczony na filiżance. Patrzyłam na to i zastanawiałam się, co mam z tym fantem zrobić. Podniosłam pokrywkę kubeczka i… – to po prostu oryginalny zaparzacz do kawy – pomyślałam zadowolona. Kawa, która z zaparzacza spływała kroplami do filiżanki, była niezwykle aromatyczna, o lekko czekoladowym posmaku i bardzo mocna. Później dowiedziałam się, że to proste urządzenie nosi nazwę “phin”. Oczywiście nie omieszkałam go kupić, ale nasza kawa nie smakuje tak wspaniale jak wietnamska, niemniej j phin stanowi bardzo miłą pamiątkę z Wietnamu.

Kawa wietnamska to weasel coffee, czyli kawa wydobywana z odchodów łasicy. Jakkolwiek to brzmi, ale kawa jest naprawdę doskonała, oczywiście oczyszczona, lekko przysmażona, bez goryczki, ponieważ kwasy żołądkowe łasicy likwidują gorzkość ziaren. Nie jest to słynna na cały świat kawa Kopi Luwak, ta jest pozyskiwana z odchodów cywet i kosztuje ogromne pieniądze, ale kawa z odchodów wietnamskich łasic. Ulubionym przysmakiem tych zwierząt są owoce kawowców ponieważ jednak nie są one w stanie strawić ziaren, wydalają je na zewnątrz.

Pokrzepiona filiżanką weasel coffee ruszyłam w kierunku hotelu. Uwagę moją przykuły splątane do granic możliwości przewody elektryczne, istny gąszcz drutów jakby poprowadzonych przez szalonego elektryka, zwisających w dziwacznych kłębach nad ulicami. – Aż dziw, że to wszystko działa w tym wilgotnym klimacie – pomyślałam. A działa, co miałam okazję ujrzeć wieczorem, kiedy całe miasto rozświetlone jest tysiącami świateł ulicznych.

Przewody nad ulicą
Przewody nad ulicą
Supeł z przewodów elektrycznych
Supeł z przewodów elektrycznych

Największą chyba jednak atrakcją miasta są małe, uliczne lokalne restauracyjki, gdzie można spróbować potraw egzotycznej kuchni Wietnamu. Knajpki oferują przede wszystkim wspaniałą zupę Pho, czyli coś w rodzaju bardzo esencjonalnego, pikantnego rosołu z makaronem ryżowym, mięsem (może być również wersja bezmięsna) i mnóstwem świeżych ziół, owoce morza, wyśmienite sajgonki, makarony smażone z warzywami i wiele, wiele innych doskonałych potraw.
Ponieważ uwielbiam kuchnię azjatycką, nie mogłam się oprzeć degustacji zupy Pho i smażonego banana na słodko.

Wyśmienita zupa
Wyśmienita zupa
Pyszności z knajpki w Sajgonie
Pyszności z knajpki w Sajgonie
Słodkości sprzedawane na ulicy
Słodkości sprzedawane na ulicy
I kolejne uliczne jedzonko
I kolejne uliczne jedzonko

Chciałam zobaczyć jeszcze targ, ale upał, wilgoć i zmęczenie wzięły nade mną górę. Powoli opanowując strach przed pędzącymi skuterami wracałam do hotelu. Jak na jeden dzień miałam już dość wrażeń.

tekst i fotografie: Danuta Baranowska
materiał chroniony prawami autorskimi

danusiaDanuta Baranowska – stuprocentowy zodiakalny baran, niespokojny duch, aktywnie i entuzjastycznie nastawiona do życia. Jak przystało na znak żywiołu ognia, uwielbia kolor czerwony. Kocha książki w każdej ilości, przyrodę, góry, kawę z kardamonem i koty. Jest właścicielką, a właściwie niewolnicą kota ragdolla o imieniu Misiek. Jej pasją są podróże, zwiedzanie niezwykłych miejsc, poznawanie ciekawych ludzi oraz fotografia.

1 thought on “ALE SAJGON! – fotoreportaż Danuty Baranowskiej

  1. Danusiu jakże chętnie z Tobą wędruję.Gdy wyglądam z mego okna to patrzę też na wiązankę drutów telefonicznych i prądowych i mam teraz nadzieję że ich nie przybędzie chociaż ciągle coś tam dokładają.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *