LOT KONDORA – fotoreportaż Danuty Baranowskiej

fotoreportaż z podróży życie i pasje

Odsłony: 2456

Jest w Peru takie miejsce, gdzie przy odrobinie szczęścia, w rannych godzinach, można podziwiać te wspaniałe ptaki i ich majestatyczny lot wśród skał. To mirador (punkt widokowy) zwany Cruz del Condor (Krzyż Kondora) położony na wysokości 3450 m n.p.m., gdzie bierze początek słynny Kanion Colca.

Wśród szczytów niebosiężnych Andów w Ameryce Południowej żyje jeden z największych ptaków na świecie – kondor wielki. Rozpiętość jego skrzydeł dochodzi do trzech metrów, a jego wysokość sięga stu czterdziestu centymetrów. Gnieździ się na wysokich półkach skalnych w niedostępnych partiach gór i dlatego niełatwo go ujrzeć.

Ale jest w Peru takie miejsce, gdzie przy odrobinie szczęścia, w rannych godzinach, można podziwiać te wspaniałe ptaki i ich majestatyczny lot wśród skał. To mirador (punkt widokowy) zwany Cruz del Condor (Krzyż Kondora) położony na wysokości 3450 m n.p.m., gdzie bierze początek słynny Kanion Colca.

Każdego ranka tłumy turystów oczekują na niezwykły taniec kondorów wśród skał. Widok jest zaiste powalający. Królewskie ptaki ukazują się z ogromną dokładnością i wykorzystując ogrzewające się od słońca prądy powietrza, wznoszą się w powietrznych kominach, wprawiając w zachwyt zgromadzonych ludzi.

Kondor w locie/fot: Danuta Baranowska
Kondor w locie/fot: Danuta Baranowska

Ja również patrzyłam zafascynowana na dryfujące wśród nagich skał ptaki, trzaskając raz po raz migawką aparatu. Ale widziałam je tylko w locie, marząc w duchu, żeby zobaczyć kondora z bliska. I chyba potężny inkaski bóg Wirakocza mnie wysłuchał, bo jeden z ptaków obniżył lot i przysiadł niedaleko od miejsca, w którym stałam. Samica spoglądała bez lęku w aparat, pozwalając się fotografować. Po chwili ptaki zaczęły odlatywać, kończąc widowiskowy pokaz.

Samica kondora/foto: Danuta Baranowska
Samica kondora/foto: Danuta Baranowska

Teraz mogłam chwilę pobuszować między przyprawiającymi o zawrót głowy stoiskami bajecznie kolorowych czapek, szali, swetrów, obrusów i toreb oraz pospacerować wśród noszących na głowach fantazyjne kapelusze, barwnie odzianych miejscowych kobiet, handlujących tymi wyrobami peruwiańskiego rękodzieła tkanymi ręcznie i farbowanymi trwałymi roślinnymi barwnikami.

Peruwiańskie rękodzieło/foto: Danuta Baranowska
Peruwiańskie rękodzieło/foto: Danuta Baranowska
Kobieta z kanionu/foto: Danuta Baranowska
Kobieta z kanionu/foto: Danuta Baranowska


Autokary z turystami zaczęły opuszczać powoli parking. Cóż wszystko co piękne, szybko się kończy.

Wąska, górska szutrowa droga prowadziła wzdłuż zbocza. Po jednej stronie drogi widniały nagie skały, zza których wyłaniały się ośnieżone szczyty, z drugiej zaś strony głęboko w dole połyskiwała wstęga rwącej rzeki Rio de Colca.

Kanion Colca jest jednym z najgłębszych kanionów na świecie (jest dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu Kolorado w USA). Jego ściany wznoszą się z jednej strony na ponad 3200 m nad poziom rzeki, zaś z drugiej – na 4200 m. Ciągnie się na długości 120 kilometrów.

Kanion Colca jest dumą Polaków. To polska wyprawa kajakowa dokonała w 1981 roku przepłynięcia rzeki Rio de Colca, co zostało wpisane w 1984 roku do Księgi Rekordów Guinnessa. Nazwy, które nadali uczestnicy wyprawy zostały zatwierdzone przez Instytut Geograficzny w Peru – a są to „Wodospady Jana Pawła II”, „Kanion Polaków” i „Kanion Czekoladowy”. Kolejna polska wyprawa zorganizowana przez Akademicki Klub „Watra” z Gliwic przebyła górną część kanionu. I znowu polskie nazwy pojawiły w tym niezwykłym miejscu. Tym razem to gorące źródła nazwane „Watra” oraz wodospad „Polonia”.

Kanion Colca
Kanion Colca

Kanion ma swoje tajemnice.
Tutejsi Indianie wierzą, że właśnie w kanionie jest ukryty legendarny skarb Inków. A nazwa rzeki Rio Colca oznacza w języku miejscowych plemion – pieniądze, albo spichrze na zboże. I wcale nie jest to takie niemożliwe. Skały w kanionie usiane są jaskiniami, otworami zwanymi „kolki” które służyły do przechowywania zboża oraz grobowcami z czasów Inków.

Dolina rzeki zaczęła się powoli rozszerzać, głazy i skały ustępowały miejsca zielonym żyznym terenom. Pokazały się tarasowo ułożone pola uprawne. To liczące tysiąc lat preinkaskie tarasy uprawne, z których Indianie korzystają do dziś. Wśród coraz bardziej soczystej zieleni dało się zauważyć niewielkie naturalne lub sztuczne zbiorniki wodne, które służyły jako wodopoje dzikim wikuniom, guanako i stadom hodowlanych alpak i lam.

Uprawne pola tarasowe/foto: Danuta Baranowska
Uprawne pola tarasowe/foto: Danuta Baranowska

Droga prowadziła przez niewielkie malownicze miejscowości, gdzie mimo dużych wysokości nad poziomem morza, życie toczyło się własnym, trochę sennym trybem. Gdzie kolorowo odziane kobiety udawały się na targ, gdzie mężczyźni pracowali na polach a dzieci chodziły do szkoły.

Wioska w kanionie/foto: Danuta Baranowska
Wioska w kanionie/foto: Danuta Baranowska

I zdałoby się, że życie w tak trudnych, górskich warunkach jest niemożliwe, ale Indianie tam żyją, mieszkają, pracują, jakby im zupełnie nie przeszkadzało rozrzedzone powietrze, trzęsienia ziemi, zmienna pogoda i surowy klimat. Oni umieją sobie radzić z wszystkimi niedogodnościami. Przyzwyczajeni do klimatu, przystosowani do życia na wysokościach od wieków pomagają sobie żując liście coki, pijąc tzw. mate de coca, czyli napar z liści tego rosnącego w Andach krzewu. Święty krzew kokainowy, czyli krasnodrzew pospolity, był uprawiany już za czasów inkaskich i według władców był usposobieniem bogów.

Dzisiaj liście coki nadal uważane są przez mieszkańców Peru za tabu. Nie wolno ich niszczyć, wyrzucać, czy w jakikolwiek sposób bezcześcić. Są one ogólnie dostępne, sprzedawane na każdym targu, i prawie w każdym sklepiku. Liście nie uzależniają. Żeby wyprodukować gram czystej kokainy potrzeba kilkadziesiąt kilogramów liści i skomplikowanej obróbki chemicznej. Liście coki pomagają przetrwać na dużych wysokościach, minimalizują lub wręcz usuwają objawy soroche (choroby wysokościowej), zwalczają ból głowy, dodają siły i energii, usuwają zmęczenie i objawy głodu.

Nie można jednak tak po prostu włożyć jednego lub dwóch liści do ust i pogryźć. Żucie coki to cały rytuał. Należy osiem lub dziewięć liści równo złożyć. Oderwać twarde łodyżki, następnie posypać katalizatorem wapniowym, ciasno zwinąć i wsunąć do ust, między policzek a zęby. I zacząć żuć… aż poczuje się gorzki, piekący sok. No cóż trzeba przyznać, że jest to niezbyt smaczne, wręcz okropne, ale co się nie robi dla dobrego samopoczucia. Większość lekarstw jest wstrętna w smaku, a jednak je przyjmujemy. I ja wiele się nie zastanawiając kupiłam woreczek liści i naśladując tubylców żułam to okropieństwo, aż policzek zdrętwiał mi zupełnie, ale choroba wysokościowa mnie nie dopadła. Czułam się doskonale, może tylko trochę zmęczona, ale na takich wysokościach nie ma co się temu dziwić.

Powoli krajobraz zaczął się zmieniać. Soczysta zieleń zanikała, pojawiły się szare ostre trawy, potem i one znikły a miejsce zajęły nagie kamienie i rozrzucone głazy. Droga wznosiła się coraz wyżej. Za oknem mignęła mi tablica informująca o wysokości ponad 4400 m.n.p.m. Teren zaczął przypominać gołoborze, nieprzyjazne i dzikie. Autobus zatrzymał się na niewielkim parkingu.

Tablica wysokościowa
Tablica wysokościowa
Dzika roślinność na wysokościach/foto: Danuta Baranowska
Dzika roślinność na wysokościach/foto: Danuta Baranowska
Widok na wulkany z przełęczy Patapampa/foto: Danuta Baranowska
Widok na wulkany z przełęczy Patapampa/foto: Danuta Baranowska


To przełęcz Patapampa, czyli Przełęcz Wiatrów. Powoli, bardzo powoli wyszłam na zewnątrz Każdy szybszy ruch wywoływał zadyszkę. Wiatr tutaj wiał z olbrzymią siłą. Serce biło szybciej, ale spokojnie. Dopiero widok ogromnego głazu z napisem i podaną wysokością wywołał bardziej przyspieszone bicie serce i niewielki ucisk w klatce piersiowej. Wysokość była niebagatelna. 4910 m.n.p.m., wyżej niż „Dach Europy”, wyżej niż Mont Blanc i niemal dwa razy wyżej niż Rysy w naszych Tatrach.

Głaz wysokościowy na przełęczy Patapampa/foto: Danuta Baranowska
Głaz wysokościowy na przełęczy Patapampa/foto: Danuta Baranowska

Byłam z siebie niezmiernie dumna. Na horyzoncie ukazały się ośnieżone szczyty czynnych wulkanów: Mismi, Hualca, Ampato, Sobancaya. Wokół widniał płaskowyż usiany tysiącami kamieni i kamiennych kopców, które mogłoby się zdawać, że zostały rozrzucone ze złością przez jakąś ogromną siłę. Jednak to nie wytwór rozszalałej natury, tylko Apacheta, co w języku keczua oznacza kopiec kamieni usypanych w stożek jeden nad drugim. Kopce te stawiali Indianie w trudnych miejscach górskich dróg jako ofiarę dla Pachamamy inkaskiej bogini Ziemi. Zwyczaj ten jest nadal aktualny. Indianie, a teraz i turyści, stawiają swoje Apacheta w hołdzie dla Matki Natury.

Kopce Apacheta na przełęczy Patapampa/foto: Danuta Baranowska
Kopce Apacheta na przełęczy Patapampa/foto: Danuta Baranowska

Oczywiście ja też nie omieszkałam usypać swój niewielki kopiec na Patapampa.
Krótki postój na przełęczy dobiegł końca. Dłuższy pobyt groził chorobą wysokościową.
Autobus ruszył w kierunku miasta Puno nad tajemniczym jeziorem Titicaca.

Ale to już inna opowieść.

guanako
guarano/fot: Danuta Baranowska

Tekst i fotografie: Danuta Baranowska

materiał chroniony prawami autorskimi

1 thought on “LOT KONDORA – fotoreportaż Danuty Baranowskiej

  1. Piękne zdjęcia!! relacja momentami zapierająca dech w piersiach… dziękuję Danusiu za te chwile dzięki którym mogłam się wznieść . Pozdrawiam serdecznie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *