Z pamiętnika dziadka – Stefan Hertmans „Wojna i terpentyna”

literatura obyczajowa i współczesna recenzje

Odsłony: 2339

414623-352x500Proza niderlandzka jest u nas raczej mało znana, a szkoda, bo okazuje się, że tamtejsi twórcy mają szanse zaistnieć w kanonie literatury światowej. Stefan Hertmans skonstruował wspaniałą powieść, w której utrwalił spisane po latach wspomnienia jego dziadka – żołnierza I wojny światowej i artysty malarza. Efektem żmudnej pracy pisarza jest prawdziwa uczta literacka.

Rok 2015 był dla literatury wyjątkowo szczęśliwy. Ukazało się mnóstwo dobrych i bardzo dobrych książek. Oczywiście, znajdą się wśród nich i takie, które są na wyrost określane mianem „arcydzieła” i opiewane w samych superlatywach, a tak naprawdę plasują się na średniej pozycji. Po odsianiu takich „produktów reklamy” zostaje jednak sporo naprawdę wspaniałych publikacji. Takich, które obronią się same i zyskają wśród czytelników uznanie oparte na wyniesionych z lektury wartościach, a nie na chwytach marketingowych.

Do ubiegłorocznych perełek literackich zaliczam „Wojnę i terpentynę” Stefana Hertmansa, pisarza, o którym do tej pory u nas raczej nie słyszano, a jest on jednym z najbardziej uznanych twórców niderlandzkiego obszaru kulturowego, autorem kilkunastu powieści, zbiorów opowiadań, esejów i wierszy, cenionych zarówno przez literaturoznawców, jak i zwykłych czytelników. Powieść, uhonorowana m. in. „Nagrodą Kultury Flamandzkiej w kategorii Literatura” w 2014 roku ukazała się już w 16 krajach, a przekład polski zawdzięczamy Alicji Oczko.

Skuszona rekomendacją Michała Nogasia, redaktora radiowej Trójki, prowadzącego świetny program o książkach „Z najwyższej półki”, podjęłam wyzwanie i teraz mogę z całym przekonaniem potwierdzić jego słowa „To piękna książka. O pamięci i rodzinie. Czyli o sprawach najważniejszych”. Kanwą jej powstania są zeszyty, w których dziadek Stefana Hertmansa, Martin Urbain, spisał swoje wspomnienia. Dopiero po ponad 30 latach od otrzymania notesów wnuk odważył się je otworzyć i poznać wyjątkowe świadectwo przeszłości, dzieje swoich przodków, relację uczestnika I wojny światowej, opowieści o dzieciństwie i młodości, malarskiej pasji, o tragicznej miłości. To nie był gotowy materiał na powieść.

Stefan Hertmans musiał lekturę pamiętników „przetrawić”, uporządkować opisane zdarzenia, skonfrontować je z zapamiętanymi opowieściami dziadka, odwołać się do pamięci nielicznych już żyjących osób, w tym swojego ojca (zięć Urbaina). Zmierzył się z rodzinną legendą, przeanalizował i ujrzał w innym świetle obrazy malowane przez dziadka. Wykonał żmudną pracę, z jej efektów jednak może być dumny. Albowiem udało mu się dokonać czegoś niezwykłego. Oto napisał w ramach powieści dzieło biograficzne i autobiograficzne zarazem, książkę łączącą pokolenia, dającą świadectwo życia i pracy człowieka, który tak wiele przeżył, tak wiele widział, czuł, cierpiał. Oddał hołd pamięci swego dziadka, żołnierza i malarza. Opowiedział przejmującą historię, w której obok traumatycznych, turpistycznych scen wojennych miały miejsce wrażliwość, sztuka, miłość, ofiarne przywiązanie. Zapisał ku pamięci potomnych także drogę własnych poszukiwań „tropem dziadka”, fascynującego, jak się okazuje, człowieka.

Powieść podzielona jest na 3 części. W pierwszej poznajemy genezę jej powstania, przemyślenia autora podążającego za ścieżką wspomnień. Śledzimy historię poznania się rodziców Martina Urbaina, następnie jego naznaczone ciężką pracą, ale i fascynacją malarstwem (freskami i renowacją obrazów wykonywanymi przez ojca, szkicowaniem) dzieciństwo. Druga część obejmuje czas 1914-1918. Okopy, niewyobrażalne warunki egzystowania, trudy wojaczki, konfrontacja etosu żołnierskiego z brutalną rzeczywistością. W ostatniej części znajdujemy powojenny etap dorosłego życia Urbaina, który niczym mityczny Orfeusz stracił swą Eurydykę. Nie sposób tu szczegółowo przywoływać poszczególne zdarzenia, czy wątki, dość powiedzieć, że całość stanowi lekturę interesującą, poruszającą i obfitującą w wrażenia.
Specjalnym walorem okazuje się również język powieści, zapewniający literacką ucztę. Hertmans jak mało kto potrafi opowiadać subtelnie, plastycznie, inteligentnie i z zaangażowaniem.

Do tej książki trzeba podejść spokojnie, smakować ją jak wytrawne wino. Powoli podążać za sugestywnymi, realistycznymi opisami, namalowanymi pędzlem artysty, przeżywać wraz z postaciami ich doznania, przyjmować z pokorą te „okropności”, które były ich udziałem. Wtedy tak dobrze być tylko czytelnikiem, tylko poprzez słowo pisane stykać się z nędzą, chorobą, wojną, głodem, śmiercią, rozpaczą. Czasem trudno pojąć, że tak się działo.

Pamiętacie „Na Zachodzie bez zmian” E.M. Remarque’a? Nie bez powodu cytat z tej znanej powieści autor umieścił jako motto, nie da się uciec od przywołania tej książki, czytając o losach żołnierzy walczących na froncie I wojny światowej w „Wojnie i terpentynie”. Te dwie pozycje powinny stać obok siebie na półce. Dzieło Hertmansa jednak nie daje się tak łatwo zaszufladkować, bo to przecież nie tylko tematyka wojenna, ale i jakby saga rodzinna, pisana z nietypowej perspektywy – „po śladzie” zeszytów dziadka, zawierająca obraz życia niderlandzkiej rodziny od schyłku XIX w. przez niemal cały wiek; pełna dygresji opowieść biograficzna, podróż w przeszłość, do korzeni.

Banalne, ale jakże prawdziwe okazuje się stwierdzenie, że najlepsze historie opowiada samo życie. W tym przypadku tak właśnie było – Hertmans nie wymyśliłby takiej fabuły, gdyby nie pamiętniki jego dziadka, gdzie oprócz treści, były też jego emocje, wyrażające się w rozedrganym charakterze pisma, plamach od rozmazanego łzami tuszu, widok zapisków na pewno wiele mówił o ich autorze. Dzięki zmaganiom staruszka z traumatycznymi wspomnieniami, które niejako terapeutycznie przelał na papier oraz ogromnej, kosztującej go wiele także emocjonalnego wysiłku, pracy wnuka, powstało niezwykłe dzieło literackie, „Wojna i terpentyna”, o pamięci i rodzinie, z historią i malarstwem w tle.

Warto sięgać po taką prozę, która, jak stwierdził Janusz Majewski, „błyszczy jak diament wygrzebany wśród hałdy popiołu”. Zgadzam się z nim, że to „cenny klejnot w skarbcu literatury światowej”. Mam nadzieję, że „Wojna i terpentyna” trwale wpisze się w kanon książek ważnych, pięknych i ponadczasowych, a nazwisko Stefana Hertmansa będzie znane szeroko poza Niderlandami i jeszcze niejedną jego powieść, czy esej przeczytamy.wojna i terp

Autor: Stefan Hertmans
Tytuł: Wojna i terpentyna
Tytuł oryginału: Oorlog en terpentijn
Tłumaczenie: Alicja Oczko
Data premiery: 23 września 2015
Liczba stron: 416
ISBN 978-83-64700-93-4

 

 

 

 

 

AGAAgnieszka Grabowska – absolwentka filologii polskiej UJ, nałogowa czytelniczka, blogerka w kratkę. Ambiwertyczka spod znaku Ryb. Po ośmiu godzinach spędzonych zawodowo w zupełnie innej dziedzinie – zabiera się za literki. Ma szczęście w konkursach. Nie wyobraża sobie życia bez książek, kawy, kotów i muzyki. Prywatnie – mama i żona. Nie unika kuchni, choć przydałaby się jej patelnia automatycznie odcinająca Internet w kulminacyjnych momentach pichcenia.

1 thought on “Z pamiętnika dziadka – Stefan Hertmans „Wojna i terpentyna”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *