“POCZĄTEK WIELKIEJ PRZYGODY” – piękna opowieść Luizy Dobrzyńskiej z kotem w roli głównej

życie i pasje

Odsłony: 209

cat-233367Historia mojej kociofilii sięga obu dziadków. Dziadek numer jeden, Jerzy Dobrzyński, został skazany na śmierć jeszcze przed urodzeniem mego ojca. Za co – nie udało mi się dowiedzieć. Oficjalny zapis mówił o tym, jakoby sprzeniewierzył parę butów z powierzonego mu magazynu, jednak nawet za Stalina nie byłoby to podstawą do takiego wyroku. Zamieniono mu go zresztą na dożywocie w łagrze kazachstańskim, z którego ostatecznie wyszedł po piętnastu latach.

Nigdy nie chciał powiedzieć ani mnie, ani nikomu z rodziny,  za co naprawdę go skazano, czasem jednak dawał się namówić na wspomnienia z łagru. Jak mi kiedyś opowiedział, w pewnym momencie był gotów na popełnienie samobójstwa i ucieczkę w ten sposób z piekła.

Ocalił go półdziki kot, który w pewną mroźną noc był tak zdesperowany, że wszedł mu pod koc, aby się ogrzać. Dziadek oswoił zwierzaka, dzieląc się z nim swą racją żywnościową i, jak wspominał, dzięki kazachstańskiemu mruczkowi, który stał się maskotką baraku, nabrał na nowo siły do życia. A miał po co żyć. W Aslano, gdzie przetrzymywano jego żonę, przyszedł na świat mój ojciec.

Dziadek nr 2, Feliks Woźniak, chłopak z warszawskiej Pragi, był człowiekiem gwałtownym i – jak twierdziła mama – trudnym we współżyciu. Mówiła zawsze, że miał tylko jedną pozytywną cechę. Kochał zwierzęta. Między innymi przyniósł do domu kota z podwórka, co omal nie skończyło się tragedią, ponieważ zwierzak pewnej nocy wybrał sobie do zabawy transformator. Celem wyjaśnienia należy dodać, że dziadek pracował w kinie jako operator i zawsze sam naprawiał aparaturę – części nie można było wtedy dostać. Nowy transformator nawijał przez dwa miesiące, gdy zatem zobaczył, że kiciuś go sobie rozwinął, wpadł w szał. Biegał po całym domu i szukał tego „pomiotła z piekła rodem!” Kot, cwana bestia, wlazł pod kołdrę mojej mamie, która – choć miała dopiero kilka lat – była na tyle mądra by milczeć i udawać, że śpi. Dziadek kota nie znalazł, a do rana gniew mu przeszedł i wszystko dobrze się skończyło.

Mama pozornie nie odziedziczyła po swym ojcu kociofilii, mój tata zresztą też nie wziął tego po swoim. Tak się zdawało. Natomiast ja od maleńkości uwielbiałam wszystko, co się rusza,  z kotami na czele. Gdy byłam brzdącem, chorowałam niemal bez przerwy. Kiedy znaleźliśmy się w Dubnej pod Moskwą (rodzice pracowali w cyklotronie), pewien stary felczer doradził mamie, by wzięła do domu kota „a to wszystkie choroby z dzieciaka wyciągnie”. Mam nie wierzyła w żadne zabobony, ale pewnego dnia życie samo za nią podjęło decyzję. W drzwi naszego dubieńskiego mieszkania coś zadrapało, mama otworzyła drzwi i do środka wmaszerowała jak do siebie czarna niczym sam diabeł kotka. Przeszła przez korytarz i ułożyła się wygodnie pod kaloryferem. Ja oczywiście wpadłam w taki zachwyt, że mama nie miała serca wyganiać przybłędy. Powiedziała tylko:

– Wróci tata z pracy i będzie awantura.

Po czym wzięła się za obiad, a ja bawiłam się z kicią, która okazała się bardzo łaskawa i obyta z człowiekiem. Ojciec wrócił po kilku godzinach, zmęczony i głodny. Powiedział:

– O, kotek – i dodał – Co jest na obiad?

Efekt był taki, że kotka została. Otrzymała imię Wampirzyca,  gdyż podczas drapania po gardle zawsze pokazywała kiełki, a gdy w nocy chciała wyjść, budziła mamę wskakując jej na klatkę piersiową i wpijając pazury w skórę. Mama budziła się i widziała przed twarzą dwa złote księżyce. Słyszała też ciche „mrr mrrr”. Jak mawiała, Wampirzyca nie chciała budzić ojca, który szybko awansował na jej ulubieńca. Jemu jednemu pozwalała na wszystko, łącznie z kąpielą. Tak, raz trzeba było ją wykąpać, bowiem podczas zabawy oblałam biedulę roślinnym klejem. Nie chciałam jej zrobić krzywdy, skądże, ale tak jakoś wyszło. Z dziećmi wszystko jest możliwe, a ja miałam dopiero pięć lat. Należało Wampirzycę wyczyścić i musiał to zrobić ojciec, bo nikomu innemu nie pozwoliłby na coś takiego. Nie miała do mnie potem żalu, tak jakby wiedziała, że nie miałam złych intencji. Przeciwnie nawet, bardzo mnie lubiła, co okazywała cierpliwie znosząc moje karesy, a także przy innych okazjach. Na przykład kiedy mama mnie kąpała, kicia wskakiwała na brzeg wanny i miauczała żałośnie, nie mogąc najwidoczniej zrozumieć, dlaczego mama próbuje mnie utopić w tej okropnej wodzie.

Po jakimś czasie rodzice zauważyli, że stary felczer wiedział, co mówi. Jedyną chorobą, na którą zachorowałam w Rosji, była odra. Dlaczego więc po powrocie do Polski nie sprawili sobie kota? Powód był bardzo prosty.

Rosjanie – nie rosyjscy żołnierze, nie działacze polityczni, ale zwykli ludzie – nie są gorsi od Polaków, a czasami nawet lepsi. W Dubnej ludzie lubili koty, podkarmiali je nawet, jak mieli czym, głównie odpadkami z ryb, co sprawiało że miłe futrzaki mnożyły się na potęgę. Gdy było zimno, sypiały na klatce schodowej w kamienicach i nie tylko spały. Jaki panował na nich zapach, lepiej nie mówić. Rosjanie wychodzili z filozoficznego skądinąd założenia, że mają większe problemy niż smród na schodach. Wampirzyca była dobrze wychowana (nie wiedzieć przez kogo) i gdy miała jakąś potrzebę, domagała się wypuszczenia. Zwykłe udawała się na strych, z którego czasem nie umiała zejść i przeraźliwym głosem wołała pomocy. Ojciec ją znosił na dół, skąd biegła zadowolona do naszego mieszkania. W domu nigdy nie nabrudziła – ale jak by się zachowywał inny kot? Zabrać kocicy nie mogliśmy, choć płakałam i prosiłam, i zresztą nasze mieszkanie w warszawskim bloku było inne niż w Dubnej. Nie tak duże i nie było mowy o strychu. Z ciężkim sercem zostawiliśmy Wampirzycę pod opieką sąsiadów. Z późniejszych listów dowiedzieliśmy się, jakie były jej dalsze losy.

Otóż inni sąsiedzi mieli wspaniałego, ogromnego kocura rasy norweski leśny, bardzo agresywnego i samodzielnego. Miał na imię Maks i był cwaniakiem, jakich mało. Nigdy nie ugryzł ani nie udrapał żadnego dziecka, natomiast prawie wszystkich dorosłych traktował jak nieprzyjaciół. Wszyscy mieszkańcy czuli przed Maksem respekt. Kocur upatrzył sobie Wampirzycę, która go nie cierpiała, ale ostatecznie uległa,  gdyż pewnego dnia urodziła cztery małe, długowłose, czarne kotki. Tego samego dnia zabrała się i znikła. Nigdy więcej nikt mojej kici nie widział, choć długo jej szukano. Kocięta udało się wykarmić pipetką, a były takie śliczne, że każdy znalazł dom. Taki słodko-gorzki koniec.

Rodzice byli bardzo zdecydowani w kwestii zwierząt. Ich zdaniem musiałam dorosnąć do własnego zwierzaka,  a w żadnym wypadku nie miał to być kot „bo nie życzę sobie smrodu w mieszkaniu”. W Polsce znalazłam się więc bez żadnego pieszczocha i minęło bardzo wiele lat, zanim udało mi się „zaflancować” w domu przybłąkanego miauczucha.

Ale o tym już następnym razem.
Luiza Dobrzyńska

cat-233367
źródło: pixabay.com.pl/foto: Kai Stachowiak

 

strona Autora: www.outsidelando7.blog.onet.pl
strona Autora:
www.outsidelando7.blog.onet.pl

Luiza Dobrzyńska – technik MD, czyli maniakalno-depresyjny. Histeryczna miłośniczka kotów, Star Treka i książek. Na co dzień pracuje z dziećmi, nic więc dziwnego, że zamiast starzeć się z godnością dziecinnieje coraz bardziej. Główna wada: pisze. Główna zaleta: może pisać na dowolny temat… Autorka 5 książek: “Dusza”, “Kawalkada”, “Dzieci planety Ziemia”,, “Jesteś na to zbyt młoda” , “Wiedźma z Podhala” oraz ebooka “Procesor duszy”, będącego kompilacją “Duszy” i “Kawalkady”. Jest także autorką kryminału, który cierpliwie czeka na wydawcę

1 thought on ““POCZĄTEK WIELKIEJ PRZYGODY” – piękna opowieść Luizy Dobrzyńskiej z kotem w roli głównej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *