“Czworołapy Przyjaciel, czyli szczenięce lata Marcina P. :)” – ciąg dalszy odcinka 1

życie i pasje

Odsłony: 494

MPalasz1Zadanie założenia psu Wajusiowi specjalnej obróżki przeciw pchłom, przysłanej przez wujka z Niemiec (w Polsce wtedy chyba nie było takich wynalazków) przypadło mi. Nigdy nie zapomnę tego stada skaczących przecinków, w pośpiechu opuszczających wajusiową sierść 🙂 Tak się zaczęła moja miłość do prawdziwych, żywych zwierzaków. Wcześniej bowiem uwielbiałem o nich czytać,względnie goniłem dziadkowe kury lub usiłowałem nakłonić kozę Miecię, by dała się osiodłać (bez skutku). Jednak to właśnie Wajuś był moim pierwszym PRAWDZIWYM zwierzęcym przyjacielem.

No to zacznijmy jeszcze raz 🙂

Wszystko zaczęło się bardzo dawno temu. A konkretnie – w ogrodzie mojego dziadka. Tak się bowiem składa, że niemal od urodzenia wychowywałem się w Kudowie-Zdroju, u babci i dziadka, gdzie ten ostatni prowadził wielkie ogrodnictwo: był i olbrzymi sad, były szklarnie, były tunele foliowe, inspekty… Był staw z rybami, była stajnia z kozą (a czasem nawet dwiema) – no i wśród tego wszystkiego był mały Marcin Pałasz. Oraz pies i kot.

Pies był przybłędą. Wielki, o cudownym, jakby lekko biszkoptowym umaszczeniu. Kiedyś po prostu się pojawił w ogrodzie… i został. Dziadzio miał serce dobre, zwierzaki kochał, więc psiak dostał imię (Wajuś; dlaczego – nie pytajcie, bo nie wiem), piękną budę, michę pełną dobrego żarcia i naszą miłość. A jednak początki wcale nie były łatwe. Nie wiedzieliśmy, co Wajuś przeszedł w ciągu minionych lat, ale wyraźnie było widać, że nie były to przejścia łatwe. Ludzi bał się panicznie. W ciągu pierwszego roku pozwalał sobie wyłącznie nałożyć jedzenie do miski. O pogłaskaniu nie było mowy. A jednak, gdy szedłem sobie daleko w sad, by zająć miejsce na ulubionej jabłonce (miała takie cudowne rozgałęzienie w koronie, które idealnie pasowało do mojej pupy) – Wajuś szedł za mną, utrzymując stosowny dystans. Potem ja właziłem z książką na drzewo, Wajuś kładł się nieopodal… i tak sobie siedzieliśmy. Psiak spał lub łapał muchy, ja czytałem…

W międzyczasie kotka, imieniem Pulfa, zdążyła mnie kilka razy solidnie podrapać. Mały Marcin uniósł się honorem i zrezygnował z kolejnych prób nawiązania przyjaznych stosunków z Pulfą. Za to Wajuś zaczął Marcina odprowadzać do szkoły! A co najlepsze, gdy byłem w trzeciej klasie – ten wspaniały łotr czekał na mnie POD SZKOŁĄ, gdy kończyłem lekcje! Pewnie jakiś wpływ na to miał fakt, że z każdego śniadaniowego stołu mojej wspaniałej babci udawało mi się zgarnąć do kieszeni coś smacznego: a to parę plasterków kiełbasy, a to plasterek żółtego sera. Wiadomo, dla kogo.

A potem, pewnego pięknego letniego dnia, Wajuś zaczął kuśtykać. Z pewnego (zachowanego przez niego) oddalenia widziałem wyraźnie, że liże łapę i cicho piszczy. Trwało to dobre dwa dni, przez które wytrwale pracowałem nad bliższym kontaktem, podchodząc do niego coraz bliżej z kiełbasą w dłoni. Aż w końcu, lekko zrezygnowany (bo Wajuś wciąż nie pozwolił podejść do niego na wyciągnięcie dłoni) – usiadłem na trawie i zacząłem myśleć, co by tu zrobić… I wtedy on, ze spuszczoną głową, z podkulonym ogonem – powolutku przykuśtykał do mnie, położył się na boku i wyciągnął chorą łapę. Prawie się rozpłakałem…

Przyczyną bólu był kolec. Nie wiem – z gałązki agrestu, porzeczek, a może jakiś inny? Wszystko to rosło przecież w dziadkowym ogrodzie. Ostrożnie wyjąłem go spomiędzy opuszków łap. Wajuś jednak wciąż leżał i patrzył na mnie. Cóż miałem zrobić? Zacząłem go głaskać po boku. Nigdy nie zapomnę, jak przymknął wtedy oczy i zamruczał… I od razu zrozumiałem, że WAJUŚ MA PCHŁY!

Jedna z nich zaatakowała mnie na lekcji religii – wtedy jeszcze, po Bożemu, przeprowadzanych w salach katechetycznych wybudowanych za pieniądze i siłami wiernych, przy budynku kościoła. Pchła mnie gryzła, ja się wierciłem, ksiądz patrzył na mnie coraz dziwniej, aż w końcu udało mi się cholerę złapać. Gdy otworzyłem dłoń – pchła gdzieś skoczyła. Nie wiem, gdzie 🙂 Tak czy inaczej, na pewno nie na księdza, gdyż ten nie zaczął się nagle drapać.

Zadanie założenia Wajusiowi specjalnej obróżki przeciw pchłom, przysłanej przez wujka z Niemiec (w Polsce wtedy chyba nie było takich wynalazków) przypadło mi. Nigdy nie zapomnę tego stada skaczących przecinków, w pośpiechu opuszczających wajusiową sierść 🙂 Tak się zaczęła moja miłość do prawdziwych, żywych zwierzaków. Wcześniej bowiem uwielbiałem o nich czytać,względnie goniłem dziadkowe kury lub usiłowałem nakłonić kozę Miecię, by dała się osiodłać (bez skutku). Jednak to właśnie Wajuś był moim pierwszym PRAWDZIWYM zwierzęcym przyjacielem.

Nie chcę pisać, co przeżywałem, gdy w końcu odszedł. Ale przez blisko trzydzieści lat marzyłem o kolejnym psim przyjacielu. Nie było ku temu warunków – na studiach akademik, potem mały wynajęty pokój, potem malutkie wynajęte mieszkanie… Sytuacja zmieniła się dopiero pięć lat temu. Ale o tym opowiem Wam w kolejnym tekście 🙂

 

 

 

 

2 thoughts on ““Czworołapy Przyjaciel, czyli szczenięce lata Marcina P. :)” – ciąg dalszy odcinka 1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *