FOTOREPORTAŻ Z PODRÓŻY ...

Śladami Bergman i Bogarta Czytaj dalej »

POCZYTAJ MI NA UCHO

Pierwsza noc pod gołym niebem - Dwoje na gigancie, Agata Mańczyk Czytaj dalej »

SZPIEG Z KSIĘGARNI NADAJE:

Milion smutnych atomów, Jagoda Wochlik Czytaj dalej »

WYDAWNICZA OSOBLIWOŚĆ :

NIEWIDZIALNE WIĘZIENIE, Adrian Prościak Czytaj dalej »

LETNE PRZEPSY:

Jak upiec sernik i nie rozpuścić się w kuchni z upału Czytaj dalej »

 

Biali mają zegarki, a Indianie mają…czas

danusia1Z niechęcią patrzyłam na otwartą walizkę i masę rzeczy przygotowanych do wyjazdu. Nie chciało mi się pakować, nie chciało mi się jechać…nic mi się ostatnio nie chciało. Codzienny pośpiech, upływający w niesamowitym tempie czas, gonitwa za nie wiadomo czym, hałas i miejski gwar, szare listopadowe dni, wszystko to przygnębiało mnie coraz bardziej. Nawet perspektywa zbliżającej się podróży do Wenezueli nie poprawiała mojego nastroju.

– Gdzie twój optymizm, gdzie skłonność do dostrzegania pozytywnych stron we wszystkim? – zapytała mnie wczoraj przyjaciółka.

– Zgubiłam różowe okulary – odpowiedziałam niechętnie.

– To ich poszukaj, bo taki pesymizm to do ciebie nie podobne. Jedziesz do wspaniałego kraju, cudownej przyrody, amazońskiej dżungli, innego życia, słońca i swobody, a wyglądasz jak półtora nieszczęścia. Inni nie posiadają nawet połowy tego, a potrafią cieszyć się tym, co mają. Nie poznaję cię – rzuciła na pożegnanie i wskoczyła do odjeżdżającego autobusu.

– No cóż, Iga ma rację. Nie ma żadnego powodu, żeby ogarniał mnie taki minorowy nastrój – pomyślałam wracając do domu.

Kiedy kilka dni później samolot miękko wylądował na lotnisku w Puerto Ordaz, kiedy owionął mnie wilgotny duszący zapach zieleni i kwiatów, kiedy spojrzałam w bezchmurne, rozświetlone słońcem niebo i widziałam uśmiechniętych nie spieszących się ludzi, mój nastrój nieco się polepszył, ale daleko mu jeszcze było do zwykle cechującego mnie optymizmu.

Zarzuciłam plecak na ramiona i mimo ciężaru oraz obezwładniającego gorąca raźno podążyłam na przystań, skąd wyruszałam do indiańskiej wioski nad Orinoko.

Przed oczyma miałam niecodzienny widok. Woda w dwóch kolorach. Niezwykłe zjawisko kiedy ciemne i mleczne wody płyną obok, nie łącząc się z sobą na odcinku około dwunastu kilometrów. Ciemna od teiny to rzeka Caroni. Druga – jasna, to rozlewająca swe wody aż po horyzont majestatyczna Orinoko.

Łódź kierowana wprawną ręka Indianina z dużą szybkością zmierzała w kierunku wioski. Wokół rozciągał się przepiękny krajobraz. Dżungla tutaj schodzi, aż na brzeg, rozpasana zieleń zajmuje każdą piędź ziemi. Nieznane drzewa, wśród których uwijają się setki kolorowych papug i innych ptaków, niezwykłe kwiaty, liany i dziwacznie powykręcane rośliny tworzą trudną do przebycia dziką, zieloną ścianę.

W oddali, wśród bujnej zieleni widać było dym. Po chwili ukazały się chaty i ludzie. Zbliżaliśmy się do wioski. Tu miałam spędzić noc. Była to typowa prawdziwa indiańska wieś na palach.

danusia1

Z ciekawością i lekkim dreszczykiem niepokoju spoglądałam na domki kryte liśćmi palmowymi, stojące na palach bezpośrednio w wodzie Orinoko. Wokół dżungla. Dało się słyszeć przerażające w swojej tonacji odgłosy wyjców i krzyk papug. Dżungla mówiła…

Po lekkim obiedzie podanym w jadalni, krytej palmowymi liśćmi, gdzie przez moskitiery zastępujące ściany słychać było dźwięki ptaków, gdzie człowiekowi wydaje się, że jest maleńki wśród tego rozpasanego, zielonego piekła, ruszyliśmy indiańskimi canoe po kanałach delty Orinoko na poszukiwanie przygody. Łódź, zanurzona aż po niewysokie burty, była długa, wąska i troszeczkę chybotliwa Wiedziałam, że nie jest głęboko, umiejętność pływania pozwoliłaby mi wydostać się na brzeg, ale…w wodzie żyją piranie, kajmany, różne pijawki i największy zabójca – anakonda.

Indianin rzucił do rzeki kawałek mięsa pekari. Woda zaczęła się kotłować i po chwili ponad powierzchnię wyskoczył potężny kajman. Strużka potu ściekła mi powoli wzdłuż pleców. Strach jest naturalnym towarzyszem podczas takiej wyprawy, ale troszkę adrenaliny jest potrzebne. Po prostu niezbędne. Wokół dało się słyszeć krzyk papug, głośne truk…truk – tukanów, których całe mnóstwo można było dostrzec wśród drzew. Małpy huśtały się na lianach, z oddali na drzewie zauważyłam leniwca. Było gorąco i bardzo wilgotno.

W gąszczu zieleni ukazała się niewielka przerwa. Tam Indianin skierował łódź. Powoli dobił do brzegu, a wysiadać należało jeszcze wolniej, żeby nie wywrócić canoe. Szliśmy na podbój dżungli. Indianin Marcelo wędrował pierwszy. Ogromną maczetą torował drogę. Łatwo powiedzieć „drogę”, to ścieżka wśród ściany roślin, tak podmokła, że z trudem wyciągałam nogi z błota. Marcelo ściął lianę, z której kapała najczystsza woda. Smaczna. W dżungli przeżyją tylko tubylcy. Oni wiedzą, która liana ma dobrą wodę, które owoce są jadalne, które drzewo nie jest trujące, znają zwierzęta i owady. A w dżungli jest niebezpiecznie. Są motyle, których pyłek ze skrzydełek po dostaniu się do oka powoduje ślepotę. Przepiękne kwiaty, których zapach wywołuje ciężką alergię. Są ogromne mrówki – zabójcy, pająki, węże i wiele innych, śmiertelnie niebezpiecznych zwierząt i owadów.

Wen 30

Marcelo zatrzymał się i zaczął ścinać maczetą niewielką palmę, chwila postoju i moskity zaczęły szturm. W dżungli nie można się długo zatrzymywać, bo mali krwiopijcy muszą się posilić, ale Indianin chciał mnie poczęstować rdzeniem palmy palmito, który smakował jak młody orzech włoski. Marcelo rzucił hasło do powrotu. Odetchnęłam z ulgą. Wynurzyliśmy się z tego zielonego, piekielnego buszu. Rzeka tutaj rozlewała się szeroko, płynęła leniwie, ale wsiadanie do chybotliwego canoe nie było łatwe.

Słońce chyliło się ku zachodowi, łódź popłynęła wolno na środek rzeki. Z daleka rozległ się monotonny śpiew. To Indianie z pobliskiej wioski podpływali w swoich canoe do naszej łodzi. Korale, naszyjniki, bransolety z nasion drzew i krzewów, koszyczki z trzciny, kolorowe szale i inne cuda oferowali za niewielkie pieniądze. To dla nich zarobek a dla mnie wspaniałe pamiątki. Niepowtarzalne, urokliwe rękodzieło.

danusia2

Kiedy wracaliśmy do wsi na nocleg, było już ciemno. Noc w dżungli zapada nagle. Przed domkami paliły się niewielkie lampki olejowe, wokół których kręciły się, wielkie, włochate ćmy. Przysiadłam na deskach przed chatką i spoglądałam w ciemność słuchając odgłosów dżungli i szumu płynącej rzeki. Nagle usłyszałam szelest. Z ciemności wynurzył się Marcelo.

– Nie boisz się sama? – zapytał siadając obok.

– Tak sobie rozmyślam o wszystkim – odpowiedziałam. Jakiś czas milczeliśmy patrząc na majaczącą w nikłym świetle lampki rzekę.

– Coś cię gnębi, coś się stało? – odezwał się po chwili Indianin.

– Jakoś ostatnio mnie nic nie cieszy. Wszystko jest takie bez sensu – mruknęłam.

– Zdrowa jesteś?

– Tak, ale…

– Nie ma żadnego ale – przerwał mi Marcelo – Ech! Wy, biali macie wszystko, macie zdrowie, pieniądze, lepsze życie i nie umiecie się tym cieszyć.

– Wy macie dużo trudniejsze życie, a jesteście zawsze uśmiechnięci, jak to robicie? – spytałam cicho.

– Widzisz, my jesteśmy szczęśliwi, bo słońce świeci, rzeka daje nam jeść, cieszymy się, że dżungla daje materiał na domy i nas leczy, radujemy się, że możemy pracować i sprzedawać to, co wytworzymy, że możemy posłać dzieci do szkoły, że kwitną kwiaty, że ptaki śpiewają, że żyjemy. A biali ciągle się spieszą, ciągle gdzieś gonią, stale szukają czegoś, czego nie zgubili a przede wszystkim mają zegarki – Marcelo umilkł.

– Dlaczego zegarki? – zapytałam zdziwiona.

– To nie słyszałaś takiego powiedzenia? „Biali mają zegarki, a Indianie mają…czas” – dodał ze śmiechem.

danusia4

Roześmiałam się głośno i radośnie. Zły nastrój minął jak ręką odjął. Czułam jak wraca znana mi dobrze radość życia i wiara, że wszystko będzie dobrze.

– Życie jest piękne, a świat jest cudowny – powiedziałam.

– No widzisz, nie warto marnować życia na smutki i jeszcze ci powiem, że jest taka wspaniała pieśń Indian Nawajo z Ameryki Północnej, która dotarła i do nas.

„Podążaj szlakiem tęczy, podążaj szlakiem piosenki, a wszystko wokół ciebie stanie się piękne. Z każdej ciemnej doliny jest jakieś wyjście, jakiś tęczowy szlak”

– Piękne słowa i prawdziwe – szepnęłam.

Indianin wstał.

– Trzeba iść spać. Już późno.

– Dobranoc Marcelo i bardzo dziękuję.

Szybko zamknęłam za sobą drzwi chatki. Próbowałam zasnąć. Nie było to łatwe. Woda pluskała pod chatką, wokół dżungla, a w niej różne dzikie stwory. Coś gdzieś ryczało, piszczało, trzepotało. Szelesty i trzaski tuż za ścianą nie sprzyjały zapadnięciu w sen. Ale w końcu zmęczenie wzięło górę… zasnęłam. Obudził mnie jakiś hałas. Zmartwiałam. Coś łaziło po dachu i węszyło. Strużka potu spłynęła mi po plecach. To coś, sądząc po odgłosach, nie było duże, ale jednak łaziło. Nie miałam dość odwagi, żeby się poruszyć i zapalić świecę. Leżałam cichutko, to coś już dawno zeskoczyło z dachu i chyba sobie poszło. Wtem powietrze rozdarło przejmujące wycie. Mimo strachu skoczyłam na równe nogi. Zapaliłam świecę. W domku pusto i spokojnie. Za siatką zaczynało szarzeć. Była piąta rano. Wycie rozległo się znowu. Ale już myślałam spokojniej. Przecież to wyjce. Dżungla budziła się ze snu. Tu i ówdzie ptaki zaczynały swoje trele. Papugi krzyczały wesoło. Zebrałam się na odwagę i wyszłam przed chatkę. Wstawał piękny, nowy dzień. We wsi zaczynał się codzienny ruch. Myślałam z podziwem o Indianach, o tym, że mimo ciężkiego życia z ufnością i wspaniałym nastawieniem przyjmują to, co przynosi im los. Spojrzałam radośnie przed siebie. Optymizm powrócił.

                                                  tekst i zdjęcia: Danuta Baranowska

Redakcja magazynu “Życie i pasje” informuje, że ten materiał opatrzony jest prawami autorskimi.
Podziel się
Share

5 Responses to Biali mają zegarki, a Indianie mają…czas

  1. Liliana napisał(a):

    W Twoich opowiadaniach nigdy nie czulo sie smutku i pesymizmu, ale… jestesmy tylko ludzmi, kazdemu zdarza sie chwila zniechecenia. Opowiadanie jak zwykle cudowne, zastanawialam sie czytajac, jak Ty to Danusiu robisz? Wchodzisz na nieznany Ci ląd, masz zalatwionego przewodnika, miejsce do spania w dżungli i wszystko jest takie zwyczajne 🙂 To tak, jakby pójść do sąsiadki i pobawić się z jej dziecmi w indian 🙂 Pięknie żyjesz, takie przygody zdarzają się niewielu ludziom 🙂

  2. Sława napisał(a):

    Dżungla, tu przyroda wyznacza rytm, czas. Czyta się z niej jak z księgi mądrości .
    Bardzo plastycznie i akustycznie w Twojej opowieści Dani.
    Pozdrawiam cieplutko 🙂
    Sława

  3. jagajaga napisał(a):

    Podziwiam tych ludzi umiejącą cieszyć się z małego z każdego kwiatka,promyka słonka.Pozdrawiam i dziękuję

  4. jaga napisał(a):

    Jak ja podziwiam tych ludzi ,którzy cieszą się ze wszystkiego,każdego promyka słonka,każdego kwiatka cieszą się po prostu z małego.Dziękuję.

  5. Grazyna M. Mamaj napisał(a):

    Pieknie opowiedziane.Czuc zapachy i wilgoc dzungli, slychac nieznane odglosy, spiew ptakow, piesn Indian unoszaca sie nad wodami Orinoko. Dla mnie jednak najbardziej interesujacym aspektem jest transformacja emocjonalnego i psychicznego stanu autorki pod wplywem kontaktu z filozofia mieszkancow dzungli. Moze wszyscy powinnismy powyrzucac zegarki?

Odpowiedz na „jagajagaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *